02.09.2009

głupia, głupia. maria lopez.

Tym razem refleksja zainspirowana błyszczącą grzywką, cyniczną brewką, i seksowną zmarszczką. Rysunkową aureolą pojawiającą się nad fabularną głową, jak drugi człon nazwiska Templair. Mam takie w życiu szczęście, że mój dziadek Mieczu to wykapany Robert de Niro, a mój drugi dziadek, Gienek, zdjęty został z Rogera Moore’a. „Święty”. Ani Gienek, ani Roger. Ta sama elegancja.
Wspomnienia z dzieciństwa. Mam widzenie i widzę Maciusia i Zosię Monkiewiczów w Zuzanowie, oglądających po śniadaniu odcinek „Świętego”. Maciuś skacze kompulsywnie unoszony przez emocje ponad drewnianą podłogę, a jego kościste pięty dudnią aż do piwnicy pełnej konserw mięsnych, dżemów agrestowo-truskawkowych zamkniętych w słoikach oraz ogórków zakiszonych w wekach. Te dziwne próby przebicia się poniżej parteru są subtelną zapowiedzią jego późniejszego spektakularnego upadku poobiedniego a przed-siestowego, w którym ucierpiała również główna podejrzana- biografia Jana Kiepury. Drabina może być pomocna w schodzeniu, mocno komplikująca sprawę w spadaniu po niej. Tego samego gałgana opatrunkowego i kawałka listwy służącej za laskę używałam po Maćku, gdy stopą w sandale wstąpiłam w odwiedziny do gniazda os zasiedlających zuzanowskie rowy. Nikt do tej pory nie próbował ocenić, co było większe – moja opuchlizna, czy jego guz. Bez wątpienia jednak Maciuś wygrał w konkurencji „paleta barw otrzymanych obrażeń”.
Oglądając wczoraj odcinek „Świętego” pod zgrabnym, jak zwykle, tytułem „Zlokalizować i zlikwidować”, ścigaliśmy się z Tatem na komentarze. Jak to jest, że zawsze znajdzie się jakiś Jose, który wpadnie na pobitego na polnej drodze, po czym zupełnie przypadkiem będzie przejeżdżał tamtędy Templair? Kto by się nie domyślił, że doktor Lopez ma piękną córkę, kto by się nie domyślił, że będzie miała na imię Maria i będzie piękna? Kto by nie wpadł na to, dalej, że pomoże Templairowi dowieźć rannego do szpitala w Limie? Och, jak ona się ślini, gdy kroczy zanim, chciałaby uszczknąć coś z tych wąskich ust pouwalanych whiskey z wodą! Już, już się pcha do wszczętego przez Simona śledztwa, chociaż studiowała na akademii medycznej, nie policyjnej! A co ją to obchodzi, kto próbuje wrobić tego nazistę zbiegłego do Ameryki Południowej?! A masz, dziewczyno, za swoje, zaraz Ci będą wymachiwać spluwą przed tymi wielkimi oczami otoczonymi nienaganną, czarną kreską! Wszystko ci się, Maria, popierdoliło, to jeszcze nie jest James Bond i wieczorem nie będzie małego conieco! Odwiezie Cię grzecznie do domu! Głupia, głupia Maria! Simon sypia z dziewczynami raz na pięć odcinków, co więcej - nie pokazują tego na ekranie. Dlatego też kariera przez łóżko Simona jest znacznie trudniejsza niż przez łóżko James’a.

13.08.2009

spłowiałe kormorany i paw ilony

wczoraj byłam dżinsowym tulipanem poniżej pępka i po dwunastu godzinach szalenie successfull sprzedaży porcelany przypomniałam sobie, że jest środa, a jeżeli jest środa ,to czas na nic innego jak - nie mylicie się ani ziarenkiem - środanie mistrzów. klepsydra, gdzie piasek sypie się szalenie wolno, jakby przewężenie pomiędzy szklanymi komorami było nad wyraz wąskie lub też w ogóle nie istniało, bo noce po prostu się zatrzymują w czasie. przy stoliku w strasznie przeruchanym passe stylu antykwaryczno-śmietnikowym (tak samo passe jak pozostali na liście: costa caffe, gry słowne w reklamach, frodo, studia śródziemnomorskie i kariera naukowa, intelektualiści, h&m, przypadkowy seks, zbieranie oszczędności) czekały na mnie dziewczyny, z którymi się koleżankuję, zakłamane cipy - paw (bardzo miękkie w, ale nie f) i dżulietta z kapulettich. jeżeli podjęlibyście się kiedyś odpowiedzi na pytanie, co je łączy i dlaczego się trzymają razem, skończyłoby się to drastyczną porażką. podopowiedzieć mogę tylko jedno - signora alexandra i morawska tak samo chujowo zachowują się po przedawkowaniu alkoholu - intensywna katechizacja etyczna. ale trzeba mieć na to wyjebane i ignorować je, od czasu do czasu wtórując a. w mówieniu sloganu "przerośnięte ego", j. w "kocham ten kawałek". a gdyby zorientowały się, że blefujesz, uśpij ich podejrzliwość, całując się na przemian to z jedną, to z drugą, to z języczkiem. (na marginesie - reklama danio ma podobny motyw muzyczny, co tablica dystrybutorska pojawiająca się przed projekcją polskiego instytutu filmowego - chodzi mi o smyczki). co nie zmienia faktu, wiem, że to się nie trzyma kupy, że je bardzo kocham i uwielbiam z nimi pić. w każdym razie nie wiem, kto ma tu przerośnięte ego biorąc pod uwagę rozmiar zasobów ludzkich rodzaju męskiego, który zdyskwalifikowałyśmy zwykłym, prostym i dresiarskim "spierdalaj" (nawet nie zaszczyciłyśmy klasyką tematu "goń się"). dość szybko okazało się, że chłopcy uwielbiają dżinsowe tulipany. obawiam się nawet, że są ich autentycznymi pasjonatami. musiałyśmy zatem opuścić pielesze oparowe i dymne. jako że nie lubimy wychodzić z klepsy bez fantów (a w szczególności a. odkryła, że fanty rozkładają się na stołkach barowych jak artykuły na półce w sklepie, z tą jedną różnicą, że można je brać completely for free) przygarnęłyśmy dziewczynę (!) i chłopaka. z chłopakiem wiązały się pewne moje pijackie nadzieje, a raczej promieniujące na mnie nadzieje mojej uroczej etycznej asystentki zakłamanej cipy paw. zapytałam chłopaka dla czystej formalności "czy jesteś gejem" (robię to od czasu, gdy okrzyknięto mnie gejmamą, jestem jak szerlok), ale odpowiedziała mi dziewczyna. dwuczłonowo. najpierw krzyknęła "jest stuprocentowym mężczyzną!", co po 1. wkurwiło mnie, bo jestem ultratolerancyjną gejmamą (ultratolerancyjną, co może oznaczać, że w wieku 35ciu lat wyjdę za geja i urodzę mu trzech synów bruna, jerzego i franciszka z wysokim zagrożeniem obojnactwa) i uważam, że wielu gejów, a przynajmniej jeden przerasta procentowością męskości rzesze hetero-palantów. po 2. dało mi dawkę (intencjonalne masło maślane) nowej nadzieji promieniującej, pijackiej, pawilońskiej paw, zakłamanej cipy, iż spoglądał wcześniej na mnie nie tylko po to, by zakraść się pod moje gejmamowe skrzydło ale w zamiarach heteryckich (wskazówka dla skończonych tłumoków: pochodna od hetero). po 3. z razu zaniepokoiło mnie nadmiernie entuzjastycznym wysokim tonem, jaki dziewczyna powzięła była. to ostatnie trzecie udowadnia autentyczność moich szpiegowskich talentów, co wyjaśniło się w drugim zdaniu wypowiedzianym przez dziewczynę, które mianowicie brzmiało: "cmok cmok cmok chlup chlup chlup". jeśli chlupiący bełkot języka dziewczyny nie jest dostatecznie zrozumiały dla TW czytelnika noiseways, spieszę z translacją: "i jest moim chłopakiem!". ostudziłam swoje pijackie ww nadzieje przerzucając mu pożegnalne spojrzenie przez oprawkę tym razem korekcyjnych ray banów kwitnących na jego nosie. po wymianie serii z kałaszników fochowych paw i dżulietty z kapulettich (fantastyczne widowisko, winszuję!) rozeszłyśmy się w podgrupy, a że byłyśmy już tylko we trzy, wskaźniki liczebnościowe wynosiły 2 i 1. dla zachowania równowagi podzieliłyśmy się cyckami, co jest rutynowym pijackim zachowaniem trywialnie prostym, więc tutaj wskaźniki wykazały zachwycająco harmonijne 3 i 3. a konkretniej 2 i małe jeden oraz dwa i małe jeden ^^. ja, paw, i nasze trzy cycki pomaszerowały do pana romana, który podając mi piwo za cztery złote (miały w miejscu reszki pijanego petrarkę ku uciesze pani przedszkolanki-to hermetyczne, ale ci, do których puszczam tu oko odpuszczą mi je na pewno), stwierdził, że jestem skandalistką. a było to pierwsze w życiu piwo, które mi podał, więc jest to drugi utalentowany szerlok. wizytę w przekąskach zakończyłam zaledwie soft skandalem i darmowymi z mojego subiektywnego punktu widzenia (i mam w dupie, źe mój były z "setu danielowego odsłona trzecia ostatnia" uważa, że to określenie jest błędem logicznym, albowiem punkt widzenia jest zawsze subiektywny) dwoma lufkami wódki. tym samym otworzyłam "set michałowy odsłonę drugą". oczywiście paw nie omieszkała soft skandal potraktować jako hardcore niemalże fekal skandal. ale zawsze są te dobre skutki złego, bo była tak uprzejma zamówić taksówkę i zapłacić za nią fąfa fąfa złotych panu kierowcy z gratisowym seansem katechizacji etycznej (winszuję po raz wtóry!). pan kierowca był zachwycony! na strychu górskim u panny kapuletti dosztukowałam ciuchy do jej przedwyjazdowego tajfunu ciuchowego pozostając w samych stringach i grzecznie zamieniłam się w roladę pościelową. paw i dżulietta nie byłyby sobą , gdyby nie siadły jak te kwoki PPD i rozlały pół piersiówki, narzekając gdzieniegdzie na etyczny burdel w systemie wartości moralnych zofii. więcej już grzechów nie pamiętam allah aghbar na wieki wieków amen.

P.S. spłowiałe kormorany w tytule to żyrandol julii i niech się nikt nie waży podejrzewać je o bycie żurawiami.

07.04.2009

Anna April

Anna to dziewczyna o wspaniałej figurze. Usteczka w taki ciupek francuski. Nie szaleje z kolorami. No, chyba, że ją coś przyprze do muru, jakiś fiolet tudzież akwamaryna. O nie, to nie jest dziewczyna z mejnstrimu. Jak wszystek idą do przodu, Anna do tyłu, jak wszystek podskakują, Anna kuca. Lubi wziąć patyk i pobiegać wzdłuż płotu Ministerstwa Finansów uderzając o szczebelki - na wszelki wypadek, pobawić się w koło fortuny. Lubi fikołki i wiosła. Kocha się w Joy Division, ale do dżogingu przeważnie Beyonce jest grana. Ma dwa charakterystyczne śmiechy. Jeden typu pięcioletnia dziewczynka w piaskownicy uderza łopatką o wiaderko, drugi typu ojciec znad gazety w reakcji na gag z kabaretu w tv (bambosze na nogach). Nie sposób jej nie kochać, ale znowu nie tak łatwo wkraść się do serca tej Anny.

Słońce w zenicie, a hiszpański się skończył. Przy Mikołaju Koperniku działa młot pneumatyczny - niegościnnie. Dziewczyny nie zagrzewają miejsca w klimatach heliocentrycznych zatem, udają się na kafę, bo do Kafki. Mówi się ( pośród pasjonatów zagadnienia "płeć kulturowa"), że w Kafce tylko lans na studenta, skądinąd rzeczywiście studenci ukwiecają siedemdziesiąt pięć procent stolików. Ale! Żeby w Kafce się kafy napić lub soku świeżo wyciśniętego od pomarańczy nie trzeba w Kafce siedzieć. Nie trzeba, gdy słońce w zenicie, a leżak na wzgórzu oboźnym. Nawet dwa, ba, nawet więcej, ale dziewczyny zmieszczą się w dwóch. Zupełnie im wystarczą. Kelnerki są miłe, nawet przesadnie miłe, bo można o pogodzie popierdolić sobie od czasu do czasu, ale nie z klientem i to każdym klientem, kiedy kolejka liczy dziesięciu klientów z nawiązką (a konkretnie klient dziesiąty jest w ciąży i przywlókł tu swojego pożal się boże psa rasy York imieniem Duży). Przesadna miłość kelnerek jest o tyle atrakcyjna, że jak trzeba to na wzgórze oboźne wlizą, niosąc napój lub strawę i też nie narzekają na to, że brudne naczynia o wiośnie z trawy najzwyczajniej muszą zbierać. Rozpędziły się dwie dziewczyny w tym bezwolnym momencie, tak siedziały, od czasu do czasu zmieniały pozycję leżaków co każde ileś-set kroków wykonanych przez słońce na nieboskłonie. Kazandzakis wziął na kolana Annę, Plath wzięła na kolana tą drugą. Świnia na dekolcie i rękach? O, na pewno. O szesnastej trzydzieści poszły zmienić fryzurę tej drugiej na dużo lepszą.

08.12.2008

starra starrucha

starrra starrucha. pływając kraulem na basenie nieomalże dostała zawału. gorąca, promieniujaca, prawie parząca buzia w zimnej chlorowanej wodzie. zadyszka. nos zatkany, więc ciężko bąbelkować wydechy. pijana chlorem. starucha miała przed oczami zastawki w tętnicy stające dęba i krew, która się pieni, ciśnie i do serca dotrzeć nie może. starra starrucha też się tak cisnęła i pieniła. uszy, jak nigdy, postanowiły się zatkać. kątem oka starra starrucha widziała zgrabną panią trener spacerującą wzdłuż brzegu basenu równolegle do tempa (zawrotnego), z jakim starra przedostawała się na drugą stronę. prawdopodobnie trener wydzierała z siebie komentarze, ale starra nie mogła tego słyszeć. czuła się trochę jak w zaświatach, zastanawiając się nad sensem swojego dotychczasowego istnienia. czyściec odliczany w długościach basenu. oczy niemiłosiernie piekły. przestraszyła się tego, co zobaczyła w lustrze, w przebieralni. wszystko było czerwone z wyjątkiem włosów i źrenic. nie było oczywiście nawet mowy o białkach. były czerwonka. świetnie komponujące się z różem do policzków. zaraz po wyjściu z budynku przy banacha wyjęła papierosa. właściwie starra czuła się tak, jakby pływając odpalała jeden od drugiego. spróbujcie palić pływając.

weekend był jakimś festiwalem snów o związkach. dodam, że nie całkiem realnych. poświat sypiał z monkasem, a amelia zaczęła chodzić z rząsą (niewtajemniczeni mogliby pomyśleć, że były to związki homo, ale nie ma tu niewtajemniczonych i wszyscy wiedzą, że rząsa to daniel).

znalazłam swoją drugą biblię (pierwszą jest zbiór wierszy i tekstów kazimierza malewicza). "Potęga mitu", rozmowy Billa Moyersa z Josephem Campbellem.

na przykład

Campbell: (...) nasza własna mitologia opiera się na idei dualności: dobro i zło, niebo i piekło. Dlatego nasze religie mają tendencję do podkreślania raczej etyki. Grzech i skrucha. Cnota i występek.(...) Ramakryszna powiedział kiedyś, że jeśli wszystko, o czym myślisz, to grzech, wówczas jesteś grzesznikiem. Gdy przeczytałem te słowa, pomyślałem o swoim dzieciństwie - o cosobotnich spowiedziach i rozpamiętywaniu wszystkich drobnych grzeszków, jakie popełniłem w ciągu tygodnia. Teraz myślę, że człowiek powinien raczej pójść do księdza i powiedzieć "Pobłogosław mnie, ojcze, bo w tym tygodniu byłem wspaniały, zrobiłem wiele dobrych rzeczy". Siebie samego trzeba identyfikować raczej z dobrem niż ze złem.
Widzisz, religia to naprawdę coś w rodzaju drugiego łona. Jej zadaniem jest doprowadzić tę nadzwyczaj skomplikowaną istotę , jaką jest człowiek do dojrzałości, czyli do samodzielności w postępowaniu, do kierowania się własnymi motywacjami. Ale myśl o grzechu czyni z ciebie niewolnika na całe życie.

Dołożyłam ankietę, z żadnej konkretnej przyczyny, po prostu gram w "co jeszcze można wsadzić, zasadzić, wysadzić na moim ultra-super blogu".

sracie już mikołajem? ja bardzo. uważam, że powinno się zakazać pisania piosenek bożonarodzeniowych. są kolędy y basta. śpiewać.
ostatnio nie przechadzam się po hipermarketach, unikam, ale teraz, w okresie przedświątecznym nie przechadzam się jeszcze bardziej. nawet przejeżdżając tramwajem przez rondo babka (bo tak się nazywa) słyszę radiowęzeł CH arkadia, który drze na ciebie japę, że NAPRAWDĘ USZCZĘŚLIWISZ SWOJEGO MALUSZKA FIGURKAMI STARŁORS lub że CZAS SUPER RODZICA NADSZEDŁ - KUP PORADNIK SUPER NIANI (tu zacytuję cytującą anię: "bo jak nie, to grozi ci karny jeżyk"). ale -bądź, co bądź- chyba z racji przecen przedświątecznych załapałam się na granatowy mohero-sukienko-sweter. oczywiście nie zaskoczyło u mnie, że to wycięte kółko to nie na biust tylko na plecy (zastanowię się jeszcze, jak będę nosić) i zostałam pouczona przez panią ekspedientką.

poświato, wierzymy w ciebie, sprzedasz tego dużego porcelanowego kota w V&B.

04.12.2008

krótko

i nagle zupełnie niespodziewanie na moje czoło spadła skrócona ścieniowana grzywka. witamy.

15.11.2008

ty mi mówisz ja ci mówię

ty mi mówisz, żebym się śmiała, bo choć śmieję się przy innych tak samo, to się śmiechem wybrany czujesz. ja ci mówię, że to najprzedniejsza randka, chociaż wiemy oboje, że to nie randka. oboje wiemy, że choć randką nie była, to była wyjątkowa w porównaniu z tymi, które miały miejsce w onym tym samym czasie pod świętą marzanną. ty mi mówisz, że owijam sobie wokół każdego pojedynczego palca każdego pojedynczego kelnera, ja ci mówię, że dzisiaj jesteś bardzo kulinarny z tym arbuzem w zapachu i turkusem w ubraniu. ja mówię stolik wybitnie palący, ty się martwisz, że dla czworga.

ty mi mówisz, że pierdolić antyglobalistów, bo skype pozwolił na wieczór we dwoje. ja ci mówię, że pójdę w trawkę i buddyzm, ty, że się przygotowałaś, że każdego dnia możesz odejść. ja ci mówię - "rozsypmy się w dziczy nad rzeką Mereczanką", ty mówisz, że chętnie się ze mną rozsypiesz. ty mówisz, że już babcią można być ekscentryczną, ja planuję rozmowy na werandzie i emerytalną bliskość wzajemną. ja dubluję i tripluję gwizdy, ty wzywasz chomiki ciumkaniem.

ty mi mówisz, że sauna uodparnia na przeziębienia, ja ci mówię, że będę dozować solarium. ja ci mówię, że znowu czarna bluza z kapturem, ty, że na wierzchu leżała. ty mi mówiesz, że padasz na ryj i masz prawo, a ja tobie, że padam na ryj choć nie mam. ty mi mówisz, że dedykowanie słowotoku szufladzie to mój słaby punkt, ja ci mówię, że przed tobą profesura. ty mówisz, że telefon mi się wyładowuję, bo się cieszy, że dzwonisz, ja ci mówię, że wszystko dzieje się po coś i dlatego też dobrze, że nie oddzwoniłam w zeszłym tygodniu.

06.11.2008

przepaść nie ma dna

na początek odniosę się do komentarzy, czy też do komci, jak to ujęła miaumiau zgodnie z tym, jak to ujął pan cygaro (linki zaraz po prawej).

moja ukochana jedyna miłości, za którą tęsknie już drugi miesiąc chyba (a jeśli źle policzyłam to znaczy, że po pierwsze algebra nigdy nie była moją mocną stroną, po drugie wszystko jedno, ile to jest, bo i tak za długo już, a wszyscy to wiemy i nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu, że będzie jeszcze dłużej): jeśli masz ochotę na chałupniczą etymologię słowa rajstopy na pewno sama sobie z tym świetnie poradzisz, poza tym najprawdopodobniej już o tym rozmawiałyśmy. nie wydaje mi się, żeby istniało słowo którego nie rozbroiłyśmy, nie obezwładniłyśmy jeszcze. choć może doszukiwanie się etymologij jest wręcz nadawaniem nowej wzmożonej siły słowu, co ty na to, droga ma? ucałowania dla mięciutkiej jutrzenki na twej głowie zwanej również puszistik i dla twoich gadających kolan - one też są noiseways. zważ, że czyniąc ukłony, a raczej zamykając te żabki w tych bąbelkowych serduszkach na zielonym tle (patrz mój przyjaciel szlafrok) z ramienia bloga nobilituje cię tym samym. Wiedz też, że z drugiej strony żadna to nobilitacja, bo nawet gdybym wybrała cię na prezydenta USA nie zasłużyłabym na nic więcej niż twoje zwykłe "Phi". To by dalej było mało. Choć z trzeciej strony ty nie zwykłaś mówić "Phi". To była hermetyczna odpowiedź specjalnie dla ciebie.
droga julenko (z kolei) ty umiesz tylko poganiać w komciach. ale - i to skuteczne, bo kwitnie, spójrz tylko, kolejny wpis pod palcami memi. serdeczności.

teraz siorb z książki "obietnica poranka", autor romain gary.

"Byliśmy wówczas rzeczywiście na dnie - nie mówię na dnie przepaści, bo życie pouczyło mnie później, że przepaść nie ma dna i że wszyscy możemy osiągać rekordy w zdobywaniu głębi, nie wyczerpując nigdy do końca możliwości, jakie dają te interesujące zawody".

książkę polubiłam za to jedno zdanie, ale zrozumiałam, że skoro chcę ją lubić dalej, nie powinnam czytać ani strony więcej niż przewiduje minimum programowe -u mnie równowarte z trzydziestoma stronami. romain gary (właściwie roman kacew, występował również pod pseudonimem emile ajar) to na pewno był wspaniały facet i chętnie wychyliłabym z nim niejednego drinka w jego ulubionym paryżu gdyby tylko żył jeszcze, albo gdybym ja żyła wtedy, kiedy on. w skrócie - gdybym teraz była martwa. moje wydanie tej lektury zostało oprawione grubą okładką i dodatkową-papierową-cienką-autonomiczną.
do tej pory zachodzę (na piesze wycieczki) w głowę po co są te cienkie w ogóle. u mnie zawsze kończy się to tak, że cienka zostaje zmasakrowana już w pierwszych trzech dniach transportowania jej w torbie granadyjskiej, zatem zdejmują cienką i narażam tę grubą na zniszczenie. więc nie wmawiajcie mi, że cienka jest po to, by uchronić grubą!...
czasem myślę sobie, że cienka okładka jest po to, by zaginała się wokół grubej i tworzyła takie interesujące marginesy na początku i na końcu.
jakby się temu przyjrzeć uważniej można nawet dojść do wniosku, że to zagięcie trochę przynosi na myśl inne zagięcie, które znamy ze szkolnych... (tu monkas zaaranżowałby pewnie niespokojne werble skwitowane wybuchem grzmiących, soczystych fanfarów) ... SEKRETÓW. pamiętacie sekrety? zaginamy róg kartki w zeszycie lub w pamiętniczku i piszemy tam "kocham cię" lub po prostu rysujemy serduszko i niech nikomu nie przyjdzie do głowy wpisać tam prawdziwy sekret! (na przykład "emilki tata jest alkoholikiem i zdradza jej mamę" lub "jacuś wczoraj miał dziurę w skarpetce"). dawno nikt nie zostawił mi takiego sekretu.
ale-trochę zboczyłam ze szlaku. na wyżej wspomnianym interesującym marginesie przed stroną tytułową przeczytałam, że "swoją biografię utrwalił w obietnicy poranka". nie miałabym za złe romainowi, że spisał biografię, ale kilka zdań wcześniej na tym samym marginesie wydawca pozwolił sobie wydrukować, kim romain właściwie był i co robił. "w czasie wojny służył w lotnictwie francuskim, bombardował niemieckie łodzie podwodne, patrolował niebo nad afryką. Potem został znanym dyplomatą (...)". od razu wiadomo, że to nie dla zofii, gdzie mi tam opisy czynów bohaterskich i to naprawdę takich na skalę światową, że wojna, że dyplomacja. z całym szacunkiem, ale nie. odłożyłam książkę grzecznie na półkę w przedpokoju (nie opierajcie się o ten regał, bo tata podczas montowania nie przytwierdził go do ściany, miał to zrobić, naprawdę, ale pokłócił się z mamą i uniósł się honorem. w związku z tym kiedy oprzecie się, regał również będzie chciał się oprzeć, a nie będzie miał o co i się w końcu zawali), pozostawiając dodatkową-papierową-cienką-autonomiczną taką, jaką ją wyprodukowali, ale trochę mi jej żal, bo świata nie widziała.

po przełomowych odkryciach dokonanych w kwestii mojego licencjatu i eksplozji problemów do rozgrzebania w nim, w pełni sobie zasłużyłam na "niepójście" na jutrzejsze kolokwium z hiszpańskiego. o, tak. dobranoc.